W swoim artykule pt. „Chopina piję, Mickiewicza gram” Krzysztof Owoc ubolewa, że konferencja naukowa we Wschowie odbywała się w czasie nieprzyjaznym dla szarego człowieka. A przecież szary człowiek też ma swoje potrzeby intelektualne, czasem nawet nie mniejsze niż jej plakatowi uczestnicy. Powinien mieć szansę do rozwoju, choćby uczestnicząc w konferencji takiej jak ta nasza. A nie miał.
Taka argumentacja mnie przekonuje, więc i ja przyłączam się do głosu malkontenta, a nawet dorzucam do niego kolejne minorowe tony.
Konferencja była międzynarodowa, a nośnikiem międzynarodowości był jedynie dr Martin Sprungala z Dortmundu. Organizatorzy zagwarantowali mu pobyt i wyżywienie w hotelu zamkowym. Po konferencji trafił do mnie na kilkudniową gościnę, jako że znamy się i przyjaźnimy od lat 10. Korzystając z okazji do szczerych rozmów sondowałem co sądzi o naszym ambitnym przedsięwzięciu (co by nie mówić, przedtem takich konferencji we Wschowie nie było)? Już pierwszy opis jego występu brzmiał satyrycznie. Gość z Niemiec nie miał zapewnionego tłumacza, więc siedział jak na tureckim kazaniu czekając na swoją kolejkę. Nie rozumiał innych prelegentów, ale i on nie był rozumiany. Jako jedyny nie czytał z kartki, mógł więc obserwować widownię. Cóż ciekawego zauważył? Kiedy zaczął wystąpienie, podniosła się grupa młodzieży z liceum i wyszła. Domyślił się, że w tej minucie skończyła się lekcja, którą dane im było spędzić na konferencji. Młodzi ludzie pewnie nic po niemiecku nie rozumieli, więc każdy moment na wyjście był dobry. Z tego samego powodu salę opuścili uczniowie, którzy z ambitną nauczycielką, jej prywatnym samochodem przyjechali ze Sławy. Dopiero zaczęli się uczyć języka niemieckiego, więc z mowy historyka z Dortmundu zrozumieli ledwie kilkanaście słów. Obrazu sali widzianej ex cathedra dopełniał widok drzemiącego wiceburmistrza.
Martin Sprungala to chyba jedyny historyk niemiecki tego pokolenia tak dobrze obeznany z historią regionu, w którym żyjemy. Dociera w rejony pochodzenia swoich dziadków (Mochy to jego pępek świata) z entuzjazmu dla jego przeszłości. Czuje się emisariuszem byłych niemieckich mieszkańców, więc kiedy wraca do domu, każdy pobyt opisuje w rozlicznych mediach. W tym roku ma kłopot, bo jak opisać konferencję, w której nie rozumiało się żadnego z wystąpień? Drapie się w głowę i pewnie poza wzmianką z programu, opisze wszystko, co się działo poza konferencją. Tak więc nie bardzo, jako miasto, skorzystamy z okazji do wypromowania u naszych zachodnich sąsiadów całkiem sympatycznej konferencji. Powstaje pytanie czy przy ogromnym wysiłku organizatorów konferencji (głównie pani Marty Małkus) warto było oszczędzać na tłumaczu? To tak jakby komuś starczyło pieniędzy na ślubny garnitur, ale już zabrakło na skarpetki.
Widząc niedostatki tej konferencji, mimo wszystko jestem dumny, że coś takiego odbywa się w naszym mieście i że głównym organizatorem naukowej konferencji jest Stowarzyszenie Kultury Ziemi Wschowskiej, którego jestem członkiem założycielem.
Pozytywny wydźwięk z mojego felietonu to także fakt, że z pewnością, podobnie jak w poprzednich latach, wystąpienia wszystkich prelegentów zostaną wydane w wersji książkowej, niemieckie przetłumaczone na język polski, gdzie nie będzie widać znudzonej, wychodzącej z sali młodzieży i drzemiącego wiceburmistrza.
PS. Widziałem jak trzymając w ręku zaproszenie, Martin Sprungala z zazdrością patrzył na imponujące ilością i rangą loga sponsorów konferencji wschowskiej. Dlaczego nie ma ich dla książek, które ja napisałem, mówił? Jest gotowe kalendarium, jest druga część historii wsi Ziemi Wschowskiej, w rok może być monografia…
Odwiedza nas 25 gości oraz 0 użytkowników.
Komentarze
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.