O tym, że w wolnym czasie lubię udzielać się w harcerstwie już pisałem. O tym, że po Wschowie w wolnym czasie można spacerować z rodziną, odkrywając wiele ciekawych miejsc dopiero napiszę. Dziś chciałbym przedstawić kolejną możliwość spędzenia wolnego czasu. Termin nieprzypadkowy, bowiem, aby poświęcić się temu zajęciu niezbędne jest spełnienie kilku warunków.
Po pierwsze trzeba mieszkać w miejscowości, w której ma się dostęp do tego typu rozrywki. Po drugie musi wystartować sezon. I w tym miejscu zapewne wielu z naszych czytelników domyśla się, że chodzi o pewną dyscyplinę sportu. Dyscyplinę raczej nie do uprawiania dla wszystkich, a bardziej do obserwowania i uczestniczenia w zawodach jako kibic.
Mamy takie szczęście, że mieszkamy na pograniczu dwóch województw. Województw, które mogą się pochwalić posiadaniem drużyn liderujących w tej dyscyplinie - a chodzi o żużel. Za parę dni rozpocznie się sezon żużlowy. Pierwsze prestiżowe zawody w tym roku mamy już za sobą. We Wschowie nie ma drużyny żużlowej i nie chcę dziś pisać o tym, że warto taką drużynę stworzyć. Dziś chcę napisać, że mecz żużlowy może być sposobem na spędzenie czasu z rodziną, na zabawę i na świetną przygodę.
W niedalekiej okolicy mamy dwie najlepsze drużyny żużlowe w Polsce, a nawet można by zaryzykować stwierdzenie, że na świecie, bo nasza liga należy do tych najlepszych. Nie będę teraz nakłaniał nikogo na kibicowanie jednej bądź drugiej drużynie. Napiszę natomiast, jaką rolę odegrał do tej pory żużel w moim życiu i dlaczego uważam, że warto chociaż raz obejrzeć taki mecz na żywo, na stadionie.
Pierwszą, epizodyczną przygodę z żużlem miałem w wieku 7 lat. Z tego wydarzenia pamiętam tylko tyle, że był to Memoriał im. Alfreda Smoczyka oraz lecącą w tle zawodów znaną piosenkę Dr. Albana. Na stadion wróciłem dopiero w wieku 17 lat, gdy byłem już w liceum, za namową kolegów wybrałem się na mecz i tak jakoś mnie wkręciło na dwa, może trzy sezony. Później studiowałem i nie było mi w głowie wizytowanie stadionów, mimo, że warunki do tego miałem idealne. Stałem się bardziej kibicem z telegazety. I w zasadzie w chwili, gdy w ogóle już nie myślałem o wyjazdach na mecze żużlowe, przez zupełny przypadek, trafiłem na stadion w Lesznie, na którym odbywał się trening żużlowy. I pewnie nawet ten fakt nie wywarłby na mnie takiego wrażenia, które zmusiłoby mnie do pojechania na mecz, gdybym nie był tam z kimś…
Któregoś dnia musiałem całą rodziną udać się do Leszna, żona miała jakąś sprawę, ja jechałem jako kierowca, a córka dlatego, że było ciepło i nie miała akurat z kim zostać. Złożyło się również tak, że byliśmy blisko stadionu. W czasie, gdy żona załatwiała swoje sprawy, ja stwierdziłem, że pokażę czteroletniemu dziecku, gdzie to kiedyś tata jeździł. Myślałem, że podejdę pod stadion, dziecko zrobi wow i sprawa się skończy. Przeliczyłem się. Nie dość, że nie było zwykłego wow, to weszliśmy na stadion, gdzie trenowali zawodnicy tutejszego klubu i wtedy pojawił się większy problem. Padło pytanie: A dlaczego musimy już wracać? Ja nie chcę. Okazało się, że mojemu dziecku spodobała się taka jazda w kółko. Więc ja jako dobry tatuś obiecałem dziecku, że zabiorę ją na jakiś mecz.
Czas mijał, mecze się odbywały. Pierwszy sezon po wydarzeniach opisanych powyżej spędziłem na wybadaniu realnego zafascynowania żużlem. Nie pojechałem na żaden mecz, ale za to obejrzałem w telewizji wszystkie ciekawe transmisje. Nie oglądałem ich sam, moja córka śledziła razem ze mną, zdobywanie tytułu Mistrza Polski przez drużynę z sąsiedniego miasta. Każdy mecz obejrzała od początku do końca. Oczywiście dziecko cały czas mówiło: tata mnie zabierze… Tata natomiast patrzył na to z ekonomicznego punktu widzenia. Pomyślałem, dziecko jest małe, bilet na mecz kosztuje, a jak jej się nie spodoba, bo będzie za głośno, to trzeba będzie wyjść wcześniej. Jednym słowem szukałem dziury w całym. Pojawiła się jednak okazja do tego, aby zabrać dziecko na zawody żużlowe. Po udanym sezonie karierę postanowił zakończyć lider leszczyńskiego zespołu, a z tej okazji zorganizowano turniej pożegnalny. Postanowiłem pojechać i zabrać córkę. Byłem w szoku. Jej się naprawdę to spodobało. Sezon się skończył, a moje dziecko ciągle czekało na następny mecz. Uczestniczyła w spotkaniu z zawodnikami, zebrała kalendarze, gadżety i była gotowa do kolejnego sezonu.
Gdy tylko sezon ruszył, pojechaliśmy na mecz. Mojej córce na każdym bardzo się podobało, nie przeszkadzało jej nawet to, że jej mama a moja żona pukała się w głowę, twierdząc, że nic ciekawego w jeżdżeniu w kółko nie ma. A my twardo, to jechaliśmy na mecz do Leszna, to oglądaliśmy mecz w telewizji albo transmisję z Grand Prix. Z wielkim trudem udało nam się przekonać na wyjazd na mecz żonę, która po powrocie stwierdziła, że nie jest to jednak taki głupi sport, jak to miała w zwyczaju wcześniej określać tę dyscyplinę.
Dziś z niecierpliwością czekamy na rozpoczęcie kolejnego sezonu. Zapach żużla, prażynek, smażonej kiełbasy, atmosfera na stadionie, to są te rzeczy, które przyciągają nas na trybuny. Do tego dochodzi możliwość wspólnego spędzenia czasu i wspólnego przeżywania emocji. I to co najważniejsze - radość dziecka – bezcenne.
Co takiego magicznego jest w tym sporcie? Dla nas dużo rzeczy. Po pierwsze mamy wspólne zainteresowanie, mamy gdzie spędzić wspólnie czas, możemy oglądać te same relacje w telewizji i poruszać te same tematy. Po drugie pasja ta pozwoliła nam już pomóc potrzebującemu chłopcu. Kiedyś na licytacji we Wschowie zakupiliśmy szalik Unii Leszno tylko dlatego, aby pomóc. Nieważne było to, że pod stadionem miałbym za te pieniądze ich może z sześć. Po trzecie, będąc na stadionie, gdzie właśnie odbywa się mecz żużlowy, można pokazać dziecku, że na stadionach nie tylko można się bić (co nam najczęściej pokazuje telewizja), że kibice, to nie tylko napakowani goście w kominiarkach, walczący z Policją i rozwalający wszystko co napotkają na swojej drodze. Dziecko może zobaczyć, że tata, mama i ja możemy lubić to samo.
Zachęcam poprzez opisanie powyższych refleksji z mojego życia do tego, aby zacząć korzystać z tego co mamy wkoło, aby nawiązywać pewną wieź z dziećmi, i to jak najszybciej. Może właśnie poprzez wizytę na stadionie. Uważam, że warto zabrać dziecko na mecz, pokazać, że można się świetnie bawić, że warto mieć jakąś pasję. Nie każdy kto jeździ na stadion to kibol i bandyta. Nieważne, czy ze Wschowy pojedzie się do Leszna, czy do Zielonej Góry. Nieważne czy lubi się byki, czy myszkę miki. Ważne, aby spędzać wspólnie czas dobrze się przy tym bawiąc.
Oczywiście są tacy, którzy powiedzą: co to za sport, gdzie jeździ się tylko w kółko, przecież to nudne. Ale sądzę, że większość osób, które tak mówią w życiu nie były na stadionie, bądź obejrzeli swój pierwszy albo jedyny mecz w telewizji. Aby pokochać żużel, trzeba poczuć ten zapach.
P.S. Sezon żużlowy w Polsce rozpoczyna się 9 kwietnia – informację podaję na wszelki wypadek, gdyby jednak się ktoś zdecydował.
Odwiedza nas 69 gości oraz 0 użytkowników.
Komentarze
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.