Mówi się, że pieniądze szczęścia nie dają, ale bez nich trudno funkcjonować we współczesnym świecie. Obserwując wszystkie zawirowania wokół pieniędzy - spadki i wzrosty na giełdach, kryzysy gospodarcze oraz inne zjawiska zależne od zasobów finansowych, trzeba przyznać rację tym, którzy twierdzą, że pieniądz to potęga, która rządzi światem. Tak się składa, że w ostatnim czasie o niedostatku funduszy mówi się dużo i często.
O braku tak ważnych środków na zaspokojenie wszystkich potrzeb i realizację powierzonych zadań coraz głośniej mówią także samorządy. Chcąc inwestować i wywiązywać się z obowiązków muszą zaciągać kredyty. To powoduje, że budżety za rok 2011 zamkną się deficytem wyższym niż w roku 2010, który wówczas wynosił łącznie 15 mld. W ramach szukania oszczędności, pod pretekstem walki z kryzysem, Ministerstwo Finansów opublikowało właśnie projekt zmiany ustawy o finansach publicznych, która ma na celu ograniczenie deficytu samorządów. Projekt zakłada wprowadzenie limitu zadłużenia samorządów na poziomie 60% dochodów własnych. Przy czym łączny dług samorządów w roku 2012 nie może przekroczyć 10 mld. Wynika z tego, że Ministerstwo Finansów - ograniczając deficyt samorządów - tym samym podejmuje próbę zmniejszenia długu publicznego. To nic innego jak przenoszenie na samorządy odpowiedzialności za dług publiczny państwa.
Sytuacja staje się coraz trudniejsza a dla niektórych samorządów nawet dramatyczna. Samorządy buntują się, protestują a nawet zapowiadają…. wyjście na ulicę (Portal Samorządowy z dnia 16 XII 2011r., wypowiedź dyrektora Związku Miast Polskich Andrzeja Porawskiego). Należy przypuszczać, że niewiele to pomoże, bo minister Jacek Rostowski ma swoją wizję prowadzenia polityki finansów państwa i raczej zdania nie zmienia. Samorządy robią co mogą, szukają oszczędności, ograniczając w projektach budżetowych wydatki na cele bieżące i inwestycje. Wskazują także, bardziej zdecydowanie niż dotąd, gdzie ich zdaniem tkwi przyczyna trudnej sytuacji finansowej. Uważają, że głównym powodem problemów jest ponoszenie wszystkich wydatków związanych z utrzymaniem i funkcjonowanie oświaty z własnych budżetów. Mało tego, w prasie pojawiły się wypowiedzi, które za całe zło i deficyt w budżetach samorządowych nie tylko obarczają rząd ale i… nauczycieli. Sądzę jednak, że wskazywanie palcem na grupę ludzi związanych zawodowo z oświatą nie jest ani sprawiedliwe, ani zasadne. Ale może to jedyny sposób, aby w końcu dotarło do rządu i ustawodawców, że samorządy nie mogą dalej samodzielnie ponosić kosztów związanych z edukacją. A koszty są ogromne i stale rosną. Uposażenie nauczycieli (wraz z różnymi dodatkami, urlopami na poratowanie zdrowia i innymi świadczeniami zagwarantowanymi w Karcie Nauczyciela), funkcjonowanie przedszkoli, administracja szkół, remonty itd. to wydatek od 40% do 60% z całego budżetu samorządów. To co pozostaje musi wystarczać na inne wydatki, takie jak: pomoc społeczna, utrzymanie dróg, gospodarka mieszkaniowa, rolnictwo i wszelkie inwestycje.
Samorządy od dawna sygnalizują konieczność rozwiązania problemu finansowania oświaty. Po ostatniej podwyżce pensji dla nauczycieli, która miała miejsce we wrześniu tego roku w Rzeczpospolitej z dnia 13.X w artykule Jolanty Ojczak pt. ,,Nauczyciele paraliżują finanse gmin” czytamy: ,,Samorządom brakuje pieniędzy na podwyżki pedagogów. Bez zmiany prawa grozi im bankructwo”. Samorządy domagają się od rządu zmiany prawa czyli zapisów w Karcie Nauczyciela, zwiększenia subwencji oświatowych i przede wszystkim przejęcia przez rząd obowiązku wypłacania uposażenia nauczycielom. Sprawa wróciła ze zdwojoną siłą po ogłoszeniu projektu budżetu państwa, z którego wynika, że w roku 2012 nauczyciele otrzymają 7% podwyżki a realizacja tego przedsięwzięcia spada na… samorządy. Co prawda rząd przekaże samorządom subwencję oświatową w wysokości 38,7 mld, ale z tej kwoty aż 30,2 mld trzeba będzie przeznaczyć na podwyżki dla nauczycieli. We wspomnianej ,,Rzeczpospolitej”, w numerze z dnia 4 XII w artykule o wymownym tytule ,,Samorządy idą na wojnę o szkoły”, Izabela Kacprzak pisze: ,,Samorządy mają dość wprowadzania przez rząd podwyżek pensji w oświacie i przywilejów płynących z Karty nauczyciela.” Sądzę, że ta wojna na słowa naprawdę się zaczęła. Z każdym dniem przybywa przeciwników obecnego systemu finansowania oświaty i przyznających rację samorządom, że: ,,nauczyciele rujnują budżety polskich gmin” (,,Dziennik Polski” z dn.12 XII). Nawet Leszek Balcerowicz w obszernym wywiadzie na temat kryzysu w strefie euro dla GW (z dnia 5 XII), mówiąc o wzroście deficytu przy niezłym stanie PKB w Polsce, wymienił błędy w polityce gospodarczej ostatnich lat a między innymi: „(…Potem rozrosła się administracja, nauczyciele otrzymali podwyżki bez reformy…)”. Takie wypowiedzi w prasie zbulwersowały prezesa ZNP Sławomira Broniarza. Na stronie ZNP zamieścił tekst, w którym m.in. pisze: ,,ZNP protestuje przeciw zniesławianiu nauczycieli przez niektóre media, nauczyciele nie są przyczyną złego stanu finansów samorządów.(….) To nie nauczyciele odpowiadają za deficyt budżetowy i dziurę w państwowej kasie lecz politycy, którzy w ostatnich latach pojęli szereg fatalnych decyzji”.
Wiadomo, że samorządy zaczęły walkę o pieniądze. Nie jest to jednak walka z nauczycielami, jak sugeruje prasa bijąc po oczach tytułami typu ,,Nauczyciele kulą u nogi samorządów”. Myślę, że są to przede wszystkim słuszne żądania pod adresem rządu. Jeżeli nie zmienią się zasady finansowania oświaty, to samorządy będą zmuszone podejmować inne, dużo bardziej uciążliwe i niepopularne rozwiązania. Niektóre już zapowiadają łączenie i likwidację mniejszych szkół, zwiększanie liczby dzieci w klasach, zaniechanie remontów szkół, likwidację administracji (księgowość, kadry). Takie rozwiązania być może przyniosą korzyści materialne samorządom, ale nie będą dobre dla nauczycieli a tym bardziej dla dzieci. Dobra dzieci, ich edukacji i wychowania nie można liczyć miarą pieniędzy. Nie odmawiam też racji nauczycielom. To nie nauczyciele ustanawiają prawo, które jak się okazuje wpływa niekorzystne na stan finansów samorządów. Nauczyciele mają prawo, tak jak inne grupy zawodowe, do godnej zapłaty za swoją pracę. Mają też prawo do podwyżek. Jeżeli jednak konsekwencje rządowej obietnicy wzrostu płac muszą ponosić samorządy, to trudno nie przyznać racji protestującym. Rozwiązanie problemu jest jedno. To rząd powinien wysłuchać argumentów samorządów i przejąć na siebie część zobowiązań finansowych wobec nauczycieli. W przeciwnym razie wojna na słowa będzie się nasilała, samorządy będą się zadłużały a może nawet bankrutowały. Nie jestem tylko pewna, czy nasz rząd jest w stanie wysłuchać przedstawicieli samorządów. Jak dotąd rząd narzuca na samorządy coraz więcej zadań i obowiązków bez zabezpieczenia finansowego na ich realizację.
We Wschowie nikt jeszcze głośno nie mówi, że z powodu złego systemu finansowania oświaty gmina popada w długi, ale patrząc na nowy projekt budżetu na rok 2012 można stwierdzić, że planowane wydatki na oświatę stanowią najwyższą kwotę ze wszystkich. Zaplanowane ogółem wydatki bieżące wynoszą 52 500 427,00 zł z tego na oświatę 22 188 046 zł, co stanowi aż 42,94%. To dwukrotnie więcej niż wszystkie wydatki majątkowe (na zadania inwestycje i zakupy inwestycyjne). Jeżeli dodać do tego kwotę 12 479 730 zł stanowiącą 23,77% wydatków, którą samorząd musi obowiązkowo wyłożyć na pomoc społeczną to łatwo jest obliczyć, że na pozostałe zobowiązania i zadania zostaje tylko 33,29%. Zatem i nasza gmina stoi przed problemem, w jaki sposób wywiązać się z ustawowych obowiązków, tak aby fundusze gminy nie zostały w większości pochłonięte przez zadania związane z oświatą.
Odwiedza nas 23 gości oraz 0 użytkowników.
Komentarze
Jesteście taką samą grupą zawodową jak inni. Pewnie że jest grupa nauczycieli z powołania (w zanacznej mniejszości), reszta to , zresztą sami wiecie - jacy jesteśmy jako Polacy w pracy.
Im się wydaje że do końca życia moga pracować tylko 18 godzin tygodniowo (najlepiej po parę godzin bez okienek od wtorku do czwartku jak lekarze) brać pensje z góry i dorabiać napłatnych korepetycjach, sprawdzaniu prac i testów, nadgodzinach itp. A płatne chorobowe na zmianę w ciągu roku szkolnego - to pikuś?
Nic nie mam przeciwko temu, że nauczyciele jak każdy goni za groszem - tylko niech przy okazji nie pieprzy o jakims tam współczesnym etosie belfra jak Ferdek Kiepski do Boczka
Uwielbiam czytać komentarze ludzi nie związanych bezpośrednio z danym tematem. Od razu widać, ze chcą poszumieć, ale nie mają nic ciekawego do powiedzenia z braku merytorycznych informacji.
Nauczyciele pracuja 40 godz tygodniowo. W tym mają obowiązkowe 18 ( lub) więcej tzw godzin dydaktycznych- czyli lekcji. Pozostałe godziny ( do 40) są przeznaczone na organizację i przygotowanie do lekcji, przygotowanie i prowadzenie zajęć społecznych, spotkań z rodzicami, wycieczek, sprawdzanie prac klasowych, zeszytów, przygotowanie do konkursów, testów, zawodów, samokształcenie i dokształcanie. Ale rozumiemiy Twoje oburzenie- Ty tez po prostu nie rozumiesz- jak oni to robią? Dają radę. Bo chcą. Albo lubią swoją pracę. Nie zazdrość nauczycielom- zostań nauczycielem. Przed Tobą tylko parę lat nauki, parę miesięcy praktyk, parę lat stażu i bedziesz też mógł popuszczać pasa. Będę za Ciebie trzymać kciuki. Życzę powodzenia. A jeśli są uprzywilejowani - jak sądzisz, to moze dlatego , ze na to zasługują? Też tak mogłeś- trzeba się było tylko uczyć, a nie...;-)
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.